Męska dżuma
Złowieszczy, mroźny wicher nad mym łożem wieje,
Okrutny, ślepy losie, grzebiesz me nadzieje.
Gdy z każdą nową chwilą ból we mnie się sroży,
I ostateczny koniec me serce tak trwoży.
To fatum okrutne dziś me siły skruszyło,
Bezlitośnie me własne ciało mnie zdradziło.
Och, cierpię niewymownie, zapadam się w cieniach,
Ginąc bezpowrotnie w tych nieludzkich cierpieniach.
To ostatnia już chwila, by spisać testament,
W półmroku mej komnaty brzmi mój trwożny lament.
Prędko wezwijcie do mnie z biura notariusza,
Gdyż kareta zagłady w mą stronę wyrusza.
Żegnajcie mi, kochani, żegnaj, piękny świecie,
Już mnie na tym padole wy nie odnajdziecie.
Zimna mgła kryje oczy, pierś wznoszę już z trudem,
A przeżycie tej nocy wydaje się cudem.
Trzydzieści siedem i dwie... piekielne znamienie!
Pod zwojem ciężkich koców próbuję wziąć tchnienie.
Pusty pokój jest świadkiem mojego konania,
Gdy kolejne kichnięcie do grobu mnie skłania.