Paralaksa
Przed nim bryła owocu, zepsuta, wezbrana,
Śliski łup go przytłacza gnijącym ciężarem,
Lecz w tym chrząszczu zaklęto naturę tytana.
Czas odmierzając w znoju owadzim zegarem,
Mały Syzyf z chityny zatraca się w pędzie,
Zmagając się z ciążeniem i chciwym pożarem.
Ufny w to, że na szczycie ów owoc zdobędzie,
Targa kłębek słodyczy w sprzecznych mu żywiołach,
Choć raz po raz ten ciężar miażdży go w obłędzie.
Miażdżą go ziarna piasku w bezkresnych mozołach,
Zmysł przestrzeni utracił na zdradliwej skale,
Tłocząc swój łup na oślep w wyżłobionych dołach.
Zagubiony bez reszty w tej pysze i szale,
Mniema, że sferę zgniłą pcha na prostym szlaku,
Choć ledwie ją przesuwa, krąg kreśląc wytrwale.
Wielbiąc upór i chciwość w maleńkim wojaku,
Chwytam owoc i żuka, by nagiąć wyroki,
Nie czekając opatrznych objawień ni znaku.
Wznoszę go, niby bóstwo, przez światła potoki,
Gdzie ucztują współbracia w chitynowej dumie,
Przenosząc trud herosa o dwa ludzkie kroki,
By osiadł ze swym skarbem w owadowym tłumie.