Poranna kawa
Na surowym blacie, wśród tańczących cieni,
Paruje aksamitem mroczna toń naparu.
Czas się na krótką chwilę w słojach zakorzeni,
By dotknąć zmysłów tkliwie odrobiną czaru.
Z ulotnej, drżącej pianki tka się kontur smoka,
Co splótł się na powierzchni i na wpół ożywa.
Wynurza się jak zjawa z jasnego obłoka,
Zanim w ciepłych akordach w nowy sen odpływa.
W bezkresnej chwili trwania, na samym dnie duszy,
Gdzie milkną w ciepłym blasku niepotrzebne słowa,
Powabny taniec pianki bezdźwięcznie się kruszy,
Lecz urok tej zadumy w zmysłach się zachowa.