Powrót do formy
Zmięta kołdra na ziemi jak zrzucona skóra,
Mokry asfalt na dole chłonie resztki cienia.
Wreszcie cichnie w tętnicach ta nocna brawura,
Wchodzę boso w ten ranek prosto z odrętwienia.
Pierwszy tramwaj zazgrzytał na pętli przy rzece,
Przez żaluzje się wdziera pasmo kurzu z tlenem.
Ból rozsadza soczewki na sztywnej powiece,
Miasto kaszle w oddali spalonym kamieniem.
Strumień wody uderza o dno porcelany,
Zmywam z twarzy lepkości i wczorajszy zamęt.
Blask rozcina na półcień kuchenne ściany,
Czas układa od nowa potłuczony fragment.
Czarny fus wolno opadł w wyszczerbionej szklance,
Upiorom i demonom wygasły bilety.
Kurz wiruje w powietrzu w chaotycznym tańcu,
Słychać szum samochodów i szelest gazety.