Rozmyślania w cieniu koron
Oparty o chłód ławki, gubię wzrok w zieleni,
patrząc na sploty koron, które zefir pieści.
Dziś pytam wewnątrz siebie, czy się byt przemieni,
czym jestem w swej naturze? Szukam sedna treści.
Czy kwitnę u swych podstaw kępą białych liści,
czy cnotą nieskalaną w swym najprostszym ładzie,
co ciemny ślad rozpaczy z serca mego czyści,
i blask szlachetnych uczuć na mą duszę kładzie?
A może płonę barwą różowych wachlarzy,
tętniąc czułą miłością, szumiąc w krąg figlarnie,
z najsubtelniejszym czarem, co słońcem się jarzy,
gdy mą wdzięczność dla świata wiatr ciepły zagarnie?
Mieni się liść fioletem, we mgłach gęstych skryty,
dawny, chłodny intelekt w mrokach głucho dzwoni,
by starożytna mądrość wykuwała mity,
i każdą iskrę twórczą zebrała w mej dłoni?
A może w swej istocie jestem uschły, goły,
a na moich gałęziach nigdy liść nie wzrośnie?
Jałowym pniem, obdartym, startym na popioły,
skazany na swą pustkę, milczę w pięknej wiośnie.