Ulotne wytchnienie
Na przystanku tkwię w palącym skwarze,
Zimny wiatr nagle przynosi wytchnienie.
Zmęczenie wreszcie odpocząć mi każe,
Pod powiekami budzi się marzenie.
Stoję na szczycie poszarpanej skały,
Gdzie się rozciąga szmaragdowe morze.
Rześka woń wody, słony wiew zuchwały,
Mocno pulsuje w błękitnym przestworze.
Szum oceanu łagodzi znużenie,
Fala z łoskotem o brzeg się rozbija.
O twarde głazy dudni uderzenie,
A głośny krzyk mew wysoko się wzbija.
Ptakiem się staję i wznoszę do góry,
Prądy powietrza na ciele swym czuję.
Skrzydła na oścież, zanurzam się w chmury...
Aż z sykiem hamulców stanął autobus.